Alfabet słów:

Słowo cięgiel w polskich piosenkach

Kliknij i wrzuć ten adres na fejsa.

inne słowa w okolicy litery c: chodak, czystszy, cielak, chow-chow, cel

Kto w Polsce śpiewa o cięgiel ? To między innymi Kizo, Nielegalni, 003. Strona Paroles.pl to jedyny taki słownik polskich tekstów, możesz znaleźć każdy wybrany wers. To coś więcej niż definicja słowa .. To prawdziwa super-encyklopedia zaklęta w wersach. To coś więcej niż mp3, youtube, wikipedia, czy piracka piosenka do ściągnięcia. To skarbnica najlepszej, rozśpiewanej poezji, w której możesz szperać do utraty tchu. Używaj wyszukiwarki, ale pamiętaj że ma coś w sobie z oldschoolowego słownika języka polskiego - wpisuj pojedyncze słowa w liczbie pojedynczej. A jeśli to za trudne, spróbuj wyklikać katalog A-Z. A znajdziesz prawdziwe perły! Powodzenia internetowy wędrowcze, to naprawdę miłe spotkać kogoś kto jeszcze czegoś szuka.

tak naprawdę jeszcze nie wiesz, wpierdalasz się na minę,

błędne koło właśnie zaczęło się kręcić,

oby sprzyjał fart bo inaczej leży.

By przyżyć wyrasta coraz więcej,

i już zapierdalasz cięgla na oriencie,

łapiesz paranoję za nim kładziesz się spać,

echo w telefonie, fury pod oknem, kurwa mać.

Sam nie wiesz czy to prawda czy to chora wyobraźnia,

budzisz się rano dziękując za farta,

nigdy na przypale, ulica bywa śliska.

[Dolar]

Dobry chłopak z ciebie, wszystkie zasady znasz,

jebać kurestwo, liczy się tylko brat,

cięgla na oriencie biegasz 24/ha,

kolejny wpada temat te parę groszy da.

Tematy, temaciki, przewałki na frajerach,

dziś zarobiony jesteś jutro zaczynasz od zera,

lata lecą, wszystko wokoło się zmienia,

1)rozdarte mysli,krązą po glowie,

zaleznosc od starych wydziela granice,

ciągla nie pewnosc,co wolno a nie,

tylko jedna taka mysl

rozdarte mysli krązą po glowie

wieczna klatka moich tortór.

chce wyjsc i krzyknoc uwolnic mysli

Że pod czapką wam się kurzy

Mamy dla was wyjątkowo dobre wieści:

Zawsze można...

I tak toczy się nasz światek póki jeszcze

Ciągle wzrusza mokry bez w majowe deszcze

I choć rzeczywistość bura

Obrastamy w złote pióra

Bo tak dobrze jest się czasem poczuć wieszczem!

Zawsze można...

Te niewinny zabawy, pierwsze mocne uderzenia

Rzeczywistość w mych oczach się zmieniała i zmienia

Nie możemy wybaczyć sobie tych chwil słabości

Kiedy każda sekunda krokiem jest do nicości

Trzecia doba już mija, a ja ciągle pijany

Chociaż razem pijemy prawie nie rozmawiamy

Proszę, proszę cię powiedz jak się z tego wyleczyć

I co zrobić, by siebie wreszcie przestać kaleczyć

I nie możesz mieć mi za złe

Wszystkie zjawiska zwyczajne są

Wszystkie cuda tak bardzo banalne

I nie chcemy wcale wierzyć w to, że

Tyle nam dano, mamy tak wiele

I ciągle więcej chcemy mieć

A nam potrzebne jest nowe sumienie

By móc rozliczyć kolejną rzecz

Kiedy w jednej kropli tonie świat

Gdy od jednej iskry płonie świat

Łamałem ordery, które wręczałeś

Deptałem kwiaty które pod pomnikami składałeś

Twój wybór nie będzie żadnym wyborem

Twoja władza nade mną wyobraźni twej wytworem

Bo ciągle mamy nasze ?? myślenie

Które zlikwiduje niepotrzebne rozwarstwienie

Mentalna katastrofa

Intelektualny śmietnik

Śmiech przez łzy

To oni! Nic nie pomogą nasze starania, wiem

Gdy chcemy dobrze zawsze wychodzi źle

Oni kochają wojnę, lecz muszą wiedzieć, że

Wszystko co zrobią okrutnie zemści się

To wy! Ciągle zmieniacie barwy, nie wiecie w którą stronę iść

To wy! To wy! Nie wiecie, że z wszystkimi naraz się nie da dobrze żyć

To wy! Nic nie pomogą nasze starania, wiem

Gdy chcemy dobrze zawsze wychodzi źle

Oni kochają wojnę, lecz muszą wiedzieć, że

Oprowadzam po skrajach, oszałamiam, uspokajam,

Naraz uwalniam, zniewalam, zasmucam i rozbawiam.

Rozbudzam zwierzęta Was, nie pozwalam spać,

Karzę zabijać braci i kraść, płacić za czas.

Będę ciągle trwać, zdążę pognieść Was szybko,

W ogóle nie jest mi przykro, alko, dragi, hajs dziwko.

Mustafa:

Nie mam w życiu nic oprócz popełnionych błędów,

Zapamiętanych chwil, paru polepionych dźwięków.

widzenie z góry me zatroskania,

są takie małe do rozdeptania.

I chociaż odpływam

i jestem w niebie,

ciągle to czuję -

brakuje to ciebie.

Słucham symfonii, miejskiej monotonii,

szukam harmonii, noc mi pozwoli fantazje uwolnić,

dotykam granic tajemnicy,

chciałem mówić sam do siebie, lecz nie poznaję glosu

mam świętą zasadę, nie odzywam się do obcych osób

koleje losu biegną przez najciemniejszy las

czy to jest mój czas, kosa tchawicę tnie na raz

we mnie ciągle siedzi clown z odwróconym uśmiechem

kilka razy w ryj mi dał, teraz bawi się oddechem

krotko i szybko ,jak z autostradowa dziwką

zabijanie sumienia na dobre mi nie wyszło

jeśli istniejesz, ścisz to, rozcięło mi bębenki

tylu spalonych mostów, ale nie dla mnie modlitwy

szare komórki przywykły, ,jestem pozbawiony ikry

zżera mnie apatia, kiedy widzę swój ryj przebrzydły

i te usta ropuchy, co mogą tylko obrażać

kłamać i ciągle zdradzać, coraz częściej się narażać

mam się usprawiedliwiać tym, że chciałem się pokazać

to jest dziecinada, żenada, przegrana sprawa

jak zjawa, już nie ciało, bo już mnie we mnie mnie za mało

wszystko oddala się, ginie za zasłoną kawału

Pełen lodowatych krat i wypaczeń, co to gryzą

Obraz codziennego starcia z teraźniejszym samym sobą

A przez łzy udzielasz wsparcia tym, co nigdy nie pomogą

Bełkotają o sile zgraje domorosłych bogów

Taki mają już przywilej, ciągle dają na to dowód

Kiedy najpiękniejszy produkt włożony w złote ramy

Powoduje, że nie znosimy nawet siebie samych

Motyw ograny, zazdrość szczerzy kły z jadem

Dobrze znam te stany, proszę, zachowaj dobrą radę

Coś o konstytucji bredzi, osobiście mam to w nosie,

Wykładam na to lachę o czym bredzili na WOS-ie,

Manifest mój ha, na zarobek kładę chuj,

Wiem, że z muzy nie wyżyję, kiedy robię taki gnój,

A pysk ciągle wyje ze wściekłości się wije,

Co najchętniej bym zrobił ? Założyłbym ci sznur na szyję,

Żmije sycząc jadem bezustannie ślipią w godło,

W kuluarach walą sake, dupę wkładają w wygodną kanapę,

Mamy mapę, no a przede wszystkim patent,

[I.]

Wbijam w chuj w prawo, aparat bezpieczeństwa

Wylęgarnia świrów brawo, rezerwat dla szaleństwa

Chce pokazać masę męstwa, ciągle mu kurwa mało

Pusty kawał mięsa kobietę traktuje pałą

I co się pizdo gapisz zza tej pierdolonej tarczy

W domu pewnie też bijesz, ale kurwa nie wystarczy

Powoli gnijesz, zżera cię własna głupota

I

Często pytają czy powiem coś dobrego,

wesołego o życiu, oczekują nie wiem czego

jakby im się uroiło, że napiszę pod dyktando

""ten świat jest taki piękny"", kiedy moim ciągle bagno

w którym pełzam od lat, powoli zapominam szczęście

ostatni promień zbladł, nie pamiętam chyba więcej

ponad obecny stan, kiedyś była we mnie miłość

w barwach biedy, tak bezczelnie nawet to się wypaliło

ekscytuje jak Chile

morda kurwa trzymać ryje

macie koło ucha żmije

co się wije, jadem bucha

wokół nas kurwa ciągle jedna wielka zawierucha

uśmiech od ucha do ucha

poszerzony nożem wąs

niedostępny jak fort knox

kolejna noc, znowu piszę

Swojego zachowania zimy i cmentarnych wieńców

Nikt przecież nie zabrania z przyjaciół zrobić morderców

I na nic te starania chociaż leżą mi na sercu

Losy dawnych współwyznawców, a obecnie innowierców

W sumie to do zajebania ciągle to powtarzam

Sam sobie ukręciłem pętlę, wiem tak się zdarza

I często mnie zatrważa to co widzę w waszych oczach

Obraz w chuj nawiedzonego, upadłego proroka

Bo chyba wszystko nagle się wyrwało z pod kontroli

W czterech dźwiękach można dokładnie zamknąć wszystkie lata

Dni, które uwięziły mnie i czas ten co oplata

Gra nie warta świeczki, rozsądni wciąż się burzą

Bo mieć farta to konieczny wymóg, niczemu nie służą

Reminiscencje, ciągle jest ich coraz więcej

Przy zapachach z tamtych chwil zawsze opadają ręce

I wiem, że jest ten świat daleko w innym wymiarze

Głupota podlega karze mimo wszystkich tych zdarzeń

Które miały miejsce i uczyniły mnie tym kim jestem

Nie chciałem się urodzić, ale muszę tutaj żyć,

Pleść swojego życia nić, tylko po to,

By odejść, by w końcu zgnić.

Czasem jest tak, że obserwuję twój blok,

Bo ciągle we mnie siedzi, a mija już kolejny rok,

Straciłem rachubę czasu, a liczba stała się z cyfry,

Byłem zły, wściekły, kurwa, naiwnie agresywny,

Wiesz jak to boli, kiedy wszystko się pierdoli ?

Kiedy człowiek całkiem sam z marzeniami stoi ?

Chciałem mówić sam do siebie, lecz nie poznaję głosu,

Mam świętą zasadę - nie odzywam się do obcych osób,

Koleje losu biegną przez najciemniejszy las,

Czy to jest mój czas, kosa tchawicę tnie na raz,

We mnie ciągle siedzi clown z odwróconym uśmiechem,

Kilka razy w ryj mi dał, teraz bawi się oddechem,

Krótko i szybko, jak z autostradową dziwką,

Zabijanie sumienia na dobre mi nie wyszło,

Jeśli istniejesz - ścisz to, rozcięło mi bębenki,

Tylu spalonych mostów, ale nie dla mnie modlitwy,

Szare komórki przywykły, jestem pozbawiony ikry,

Zżera mnie apatia, kiedy widzę ryj przebrzydły,

I te usta ropuchy co mogą tylko obrażać,

Kłamać i ciągle zdradzać, coraz częściej się narażać,

Mam się usprawiedliwiać tym, że chciałem się pokazać ?

To jest dziecinada, żenada, przegrana sprawa,

Jak zjawa, już nie ciało, bo już mnie we mnie mało,

Wszystko oddala się, ginie za zasłoną kawału,

bo siedzieli i słuchali bredni chuja w sutannie

bezkarnie montującego sterowanie zdalne .

Punkty zapalne starczy wyjrzeć przez zamglone neony

jebanego real wiesz jak kurwa słodko

żyć w kraju gdzie ciągle same stereotypy?

ciągle te same mordy ciągle te same typy

ciągle te same cipy ubrane w HaEndEmie

na każdej częstotliwości to samo zjebane brzmienie

niech ktoś wreszcie zdejmie brzemię przewidywalności świata ,

No dalej, popatrz na mnie teraz, to frustrat, co ciągle się wydziera.

Rozdmuchana afera, zapisana w decybelach,

Codzienność wjebała w kierat, ciągnę cały syf za sobą.

Inkarnacja zera czy wizjoner równy bogom?

Pewnie nie dociera, bo to osobista historia

"

Powszechna akceptacja obecnego stanu rzeczy

Kolejna deklaracja niejednego co zaprzeczy

Temu, że ten kraj tonie ciągle w najczarniejszych barwach

Ciągnie na skraj tonie istnień to nie luksus jak Harward

Poglądy uproszczone do trzymania mord na kłódkę

Osądy przesadzone? Dość litości nad truchłem

Iluzja wolności sprzedawana co dzień w mediach

Wysokość od drapania głowa tłusta,

Szklanka do połowy pusta, taki już się urodziłem,

Tyle razy mówiłem, no a nigdy nie skończyłem,

Może właśnie ta noc okażę się być przełomowa,

Po co ciągle gadam ? ważne przecież czyny są nie słowa,

Za 24h od nowa, kłótnia hardcorowa,

Serce kontra głowa - brak nadziei, wódka wyborowa,

Powoduje, że ruszam, ale nie znam swego celu,

I uciekam ale we mnie jest antagonistów wielu,

Nauczę cię jak czuć, jak reagować na emocje,

Pokażę ci, że życie nie jest wcale takie proste i oczywiste,

Że masz luksus albo słabiznę,

Pokaże piękny świat, a potem zdeptam jak glizdę.

Ja ciągle pamiętam,

Jestem tego pewien, że nie wybaczę i zapomnę,

Tylko kurwa wiesz, na pierwszy rzut oka mój ryj wygląda, kurwa tak spokojnie,

A na szyi pętla,

Jestem tego pewien, że nie wybaczę i zapomnę,

Złapać i wytępić w chuj, jebane skurwysyny,

Zadźgany szef rządu i spalona pierwsza dama,

Wtedy będzie lepiej, gdy otworzysz oczy z rana,

Na śniadanie zjesz prawdę, nie wykwintne danie z kłamstw,

Obietnice łask, a w oczy ciągle wieje wiatr,

Permanentny stres, bo nigdzie nie jesteś sam,

Nie obracaj się za siebie, przeszłość została tam!

Kiedy nie wiem co mam zrobić, strach, nie panuję nad nim,

Wyżera od środka, to co jeszcze we mnie żyje,

Chciałbym kogoś spotkać, a cisza po uszach bije,

Zamieńcie się ze mną na tęsknotę za tym domem,

Którego brak sprawia, że jak wrak ciągle tonę,

Emocje wypaczone, spokojne ciepłe rozmowy,

Dzisiaj nie wychodzi z głowy ten krzyk, piekielny skowyt,

Zamieńcie się ze mną na moje piękne wspomnienia,

Bo najbardziej boli fakt, że niczego już tu nie ma,

Obraz codziennego starcia z teraźniejszym samym sobą

A przez łzy udzielasz wsparcia tym co nigdy nie pomogą

...

Bełkotają o sile zgraje domorosłych bogów

Taki mają już przywilej, ciągle dają na to dowód

Kiedy najpiękniejszy produkt włożony w złote ramy

Powoduje, że nie znosimy nawet siebie samych

Motyw ograny, zazdrość szczerzy kły z jadem

Dobrze znam te stany, proszę zachowaj dobrą radę

Uprawnionych do przemocy, ta, w majestacie stanu

Za sympatie do stanów kiedy zmysły czują więcej

Nie przeszkadzam nikomu, a i tak patrzą na ręce

Muszę chyba przyspieszyć bo się kurwa nie wykręcę

I tak ciągle się męczę ze strachu boli głowa

Orzeł dziobie swoim dziobem bo obce są mu słowa

Poligon doświadczalny pisarzy futurystów

Czarno-białych purystów z armią własnych robotów

Nie wychodź lepiej z domu jeśli boisz się kłopotów

tak, czepiam się i co dalej nazywam błaznem

tego kto dla ""rozmów w toku"" kupuje sobie plazmę

no bo przecież chyba trzeba się pochwalić przed sąsiadem

daj nam powszedniego chleba i zajmij sie tym gadem

ciągle rzyga jadem, polaczek pierwszego sortu

a ja chuj na ciebie kładę więc oszczędź mi tych tortur

których pewnie nie darujesz swojej kochanej żonie

ślubowała przed ołtarzem - twoja własność i koniec

jebać, że bolą skronie, ważnym jest w spodniach twardziel

Piąte - ""nie zabijaj"", a jedenaste - ""nie pierdol""

Nie wiem co tam jest

Ale nie dam się sterować, kierować przez nawiedzone słowa

Możesz winić mnie

Potępiać, szkalować, ja będę ciągle od nowa wzniecał bunt

Już kopią Ci grób...

W Watykanie siedzą designerzy ludzkich głów

Prawnicy zgrabnie śledzą moc wypowiadanych słów

I znów staną w obronie prawa naturalnego

Zapomnieć o tym, że chciała swiecić jak gwiazda

To ma być pani domu, a nie rozmazany mazgaj

Trzydzieści lat spędzone z miłością swego życia

Przez pierwsze cztery książe, o 2-6 już nie pytaj

Ciągle chodzi przybita, drogę zna już na pamięć

Chyba, że przeniosą sklep to w głowie zrodzi się zamęt

[REF.]

I mamy gdzieś duchową rewolucję

Bo dla nas przemianą będzie jak ktoś łeb wam utnie

Stworzyliśmy też kurwy, które są tylko odbiciem

Tego, że już do trumny zapakowano nasze życie

I w sumie jestem dumny, że aż tyle wiem o sobie

Naprawdę nie rozumiem co tu jeszcze robię

Sprzedaję sam siebie i ciągle biegnę za klientem

Błogosławieństwo rzucone w mordę zdaje się być święte

Nie wymięknę do chuja, prędzej zedrę kolana

To dlatego zwierciadło ukazuje czysty dramat

Stworzyliśmy bogów, ze strachu przed rozkładem ciała

próbuję się schować we własnych snach

Każdy ma prawo budowac swój dom,

a kiedy prawda boli, próbuję isc pod prąd.

Nic nie pomaga, pozorna odwaga,

kolejny raz uciekł Ci czas, a my ciągle tu .

Całe życie zawieszani,

Całe życie zawieszani,

Całe życie zawieszani,

Całe życie zawieszani,

Proszę podejdź do mnie powiedz, ze mniejsze okrucieństwo

To pobić w kurwę słabszych niż pokazać męstwo

Czasami bywa ciężko, trzeba zacisnąć zęby

Ale to dziś jest ten dzień, kiedy zwykły puszczać nerwy

I ciągle bez przerwy nie można pozwalać na to

By agresor był bezkarny, wypierdalaj szmato

Życie to maraton po górzystym terenie

Najbezpieczniejszą chata ukryte podziemie

Poryte myślenie i lecą kamienie

Głębia, kiedy tonę w jej odmętach

Przypęta się zawsze obraz, który pamiętam

Pogięta, oparta na sentymentach

Psychoaktywna podroż emocjonalna męka

Wkręcam to zawsze sobie tak ciągle robię

I puszczam pod czaszkę niusy o przeszłości w obieg

Jej czystości oraz o wybaczeniu wszystkich błędów

A w oczach znów mam gości a ci nabierają pędu

Każdy sobie rości konstytucyjne prawo

Przecież łatwiej zgnić (?) niż tu żyć z bagażem doświadczeń

Od czego zacznę - siedźcie cicho, nie płaczcie

Pod czaszką mózg wyje i bacznie obserwuje

Ilu zatrułem, wiesz ja dalej truję

Szkoda, że ciągle czuję, to ściska gardziel

Co dzień pochłania bardziej, i bardziej z każdym dniem

Czego chcę wiem: pień, na nim moja głowa

Kiedy napniesz mięśnie to zatrzymasz moje słowa

Gdy pierdolniesz mnie w kark, zaczniesz życie od nowa

"

W sumie pierdolę, tak, kooperowanie z ludźmi,

Przewidywalnym łajnem - są do wyrzygania nudni,

Codziennie sprzedają ciągle te same projekcje,

Mam wspomnień kolekcję, wiesz, swoją prywatną lekcję,

Wyłączę auto-detekcję, bo wrogów mam od groma,

Chcesz się kurwa przekonać? Zdobądź dar kameleona,

I wejdź w me otoczenie nic w nim kurwa nie zmieniając,

Ukrywam się we mgle, a nocami piszę swój manifest

o tym, że jest ciągle źle, a na poprawę już nie liczę

sam nie wiem czego chcę trudno zarządzać masą

gdy szaleństwo człowieczeństwo zżera, jeszcze zapłacą,

Najwyższą karę, ci co stworzyli tę poczwarę

ta zżera szczęście i nadzieje, zanim na stałe

I dziś właśnie nadszedł ten czas

I dziś właśnie nadszedł ten czas

I dziś właśnie nadszedł ten czas

Ej słuchaj stary trochę się pozmieniało

Życie stwarza koszmary, a tym ciągle kurwa mało

Pamiętasz jak mówiłeś, że trzeba walić w gębę?

Umiem żyć, więc umierać tez w spokoju będę

I dalej biegnę, rozpędzona machina

Nikogo nie oszczędzę , nie zdołasz mnie zatrzymać

I wstanie nowe jutro wśród dymu i smogu

Wyzwolony świat - nie ma przywódców, nie ma bogów

[II]

I nie próbuj mi dorabiać gęby, wiem, że taka moda

Żeby ciągle szufladkować, mówię nie tędy droga

Jako osoba pozostaje w zgodzie z sobą

Drogi panie prezydencie modrzewiową czy dębową

Wybierasz pan trumnę, mam gdzieś twoje idee

A opcja polityczna, będąc szczerym, to niewiele

Ma się więcej miłosierdzia, niż dla nowo narodzonych

Którym kurwy, a nie matki, pozabierały domy

Pierdolę tolerancję z anteny TVNu

Pozorną elegancję, naprawdę nie wiem czemu

Ludzie są ciągle ślepi i w dupie mają prawdę

Pewnie tak jest wygodniej, weselej, zabawniej

Będzie trzeba - ukradnę, będę musiał - podpalę

Rozwalę system, w którym żyję, a Twoje gorzkie żale

Złapię mocno za szyję i się kurwo zaczniesz dusić

W sumie po co krytyka, każdy szuka ucieczki,

Mnie to czasem też dotyka, że nikt z nas nie jest wieczny,

Chociaż czuję się bezpieczny kiedy mam perspektywę

Przestać być podopiecznym świata, którym się brzydzę,

I znowu przesada, ciągle mówię za dużo,

Słowa i zdrada jednemu władcy służą,

Kimkolwiek on jest i dlaczego, z jakich przyczyn,

Czy anioł, czy bies - to się w sumie nie liczy.

I znowu fałszywość do łba wlałem Ci uchem

Politycznie zaangażowany? Ja nie znam tematu

Chciałbym tylko zjeść posiłek, nie pozbawiony smaku

Nie patrzeć na cenę, być cztery złote do przodu

Już rozumiesz wkurwienie, dowód? To dobry powód?

Że znowu to samo, że ciągle coś się nie podoba

Mogliśmy się polubić tymczasem nienawidzę, szkoda

Kolejny tani browar, coraz bardziej ciężka głowa

Jak się komuś coś obieca to się dotrzymuje słowa

No zobacz w sumie kurwa to ja robię tak samo

Możesz szukać na próżno

Ja dzień po dniu tu liczę

Ile jeszcze zostało

Tych gwoździ wbitych podudzie

Wiem, że wam ciągle mało

My to my, a wy to ludzie

Noc przychodzi co 12 godzin

Dla tysięcy rodzin to pora na sen

I wiem, że często obrażam i pluję

To są chyba listy, które mi przyniosą wstyd,

Kiedy rano przeczytam swój raport spod maski, tak,

Między nami proszę teraz spokojnie śpij,

Bo ja już nie potrafię, każdy sen boli, drażni mnie.

Ciągle milczą drogi, milczą lasy, milczą domy,

Wszystko jest tak bardzo martwe, nie mogę się uchronić,

Przed tą pustką, co rozrywa serce na kawałki,

Chciałbym, żeby ktoś tu był, żeby się po prostu martwił.

Zapytał co u mnie, jak żyję i co słychać,

Prosto do celu, a wrogów się wymaże

Na zawsze z głowy, jebana przeklęta kasta

Ich znikniecie doda barw ulicom tego miasta

Czas krzyknąć basta, koniec tych chorych zabaw

Gdzie nie twoje słowa do ust ci się ciągle wkłada

I będę gadał aż mnie nie zabierze ziemia

To jest Twój dzień, a świat to Twoja scena

Jesteśmy sobie potrzebni

Popatrz na ten wściekły brud

Dobrze wiem, że to ostatni dzień, bo nigdy nie było tu dla nas miejsca

Dobrze wiem, że ty tego chcesz, bo wiesz, że dla ciebie nikt nie ma serca!

[III.]

Nic się nie stało, ktoś spalił świat,

I ciągle mało wytkniętych ludziom wad,

Nic się nie stało, tu było tak od lat,

To tylko w mojej głowie ktoś zaburzył ład!

Nic się nie stało, ktoś spalił świat,

I ciągle mało wytkniętych ludziom wad,


Paroles na Youtube:






Wieści z bloga:


Czytaj całego bloga